Życie i praca w korporacji. Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne,a podobieństwa niezamierzone. Wszystkie terminy dotrzymane, kobiety piękne,a weekendy wolne. Chyba że nie.
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl
środa, 08 października 2008
Muzykoterapia.

         Podobno muzyka bardzo dobrze wpływa na rytm pracy. Zwłaszcza bębny. Zaraz za nimi plasują się szanty, ale o czymkolwiek związanym z morzem i okrętami lepiej nie wspominać. I tak już wśród załogi słychać szemranie i czuć w powietrzu atmosferę buntu o Bounty. Zresztą się nie dziwię - miały być kokosy, a siedzimy po uszy w batonie. Wracając jednak do kwestii muzycznej - dźwięki wydawane przez nas są raczej żałosne. Na każdym projekcie jest jednak ktoś, kto potrafi. W naszym przypadku jest to Wojtek. Jest on tak cenną osobą, że dla bezpieczeństwa siedzi na innym projekcie, w nieznanej lokacji.  Reszta z nas ciągle boryka się z jakimiś trudnościami, więc co jakiś czas się do niego odzywamy. Ponieważ  kontaktujemy się z nim zazwyczaj telefonicznie, warto przekazać zdobytą wiedzę dalej... wyobraźcie sobie salę ludzi, wszyscy ze zmarnowanymi minami, siedzą i dłubią. Nagle pojawia się uśmiechnięty od ucha do ucha kolega i rzecze w te słowa:

(A)  Zapytałem Wojtka jak coś  zrobić.
(B)  I co ?
(A)  I mi nie powiedział, ale przysłał płytkę.
(B)  Na temat?
(A)  Nie. Porcupine tree. Więc wiecie - jakby ktoś miał problem, mówcie. To i wam podeśle.

 
     Z absurdem nie wygrasz, można się tylko przyłączyć. Od tamtej chwili, gdy coś nie działa, słucham Porcupine tree. Zazwyczaj pomaga.

 

 

niedziela, 28 września 2008
Jakoś to idzie, jakość to będzie.


    We wtorek radośnie zostaliśmy poinformowani, że do naszej polskiej wioski przyjedzie włoski misjonarz kaznodzieja. Jednym słowem - człowiek z centrali.W czwartek, z walizką na kółeczkach i uśmiechem na twarzy wparadował do naszego miejsca zesłania... i się zaczęło.
Jak wytłumaczył swoim włoskim angielskim, mówi po angielsku, tylko brzmi po włosku. Wtedy zobaczyliśmy, że to było dobre, a reszta może być tylko zabawniejsza. I była.
    Jak się okazuje - firma nas kocha, chce naszego dobra, żebyśmy wszyscy mieli po równo i tak samo, dlatego ma Metodykę. Metodyka służy do wdrażania systemów, zabijania drzew i ganiania elektronów po stanach- przynajmniej te dwa ostatnie to na pewno, biorąc pod uwagę ilość generowanych papierków.
    Gwarantuje to również powtarzalność procesu produkcji i (baczność) Jakość (spocznij). Co za przypadek. Bo tak się składa, że ją właśnie gość przyszedł wpajać i ogólnie propagować centralnie w naszym kierunku. I wyszło na to, że to jest nie żaden misjonarz, a zwyczajny liaison.
    
    Wyobraźcie sobie sytuację, gdy na projekcie ludzi jest różna ilość - ale zawsze - za mało.  Hasłem przewodnim motywacyjnym (przynajmniej na ostatni tydzień projektu) jest "Z tego projektu zwalnia tylko śmierć... i brak wzroku jak w przypadku Maćka. Trędowaci mogą pracować z domu." Maciek akurat miał operację wzroku... a menadżer projektu wyjazd na urlop. Więc imaginujcie sobie - golife (czyli wielkie pociągnięcie wajchy) jest 1 stycznia i wszystko ma zadziałać. My natomiast jesteśmy z terminami w plecy, harmonogram mamy napięty jak stringi na Kaliszu... a tu przychodzi facet i mówi w ten deseń:
    Teraz jak poprawiacie coś kolegom, to nie mówcie na gębę co jest nie tak. Proszę, oto wzór dokumentu. Wystarczy go wypełniać sumiennie i będzie dopsz.  
    Nie jest to chwila łatwa, bo trudno nie roześmiać się komuś w takim momencie prosto w twarz, zwłaszcza gdy facet ma akcent włoski. Zbliża się niebezpiecznie do sytuacji z dowcipu:
    
    Siedzi wędkarz w szuwarach nad jeziorkiem i łowi ryby. Co chwile słyszy, że ktoś krzyczy
"Kurwa! Spierdalaj!"
Sytuacja powtarza się kilka razy, a krzyk jest coraz głośniejszy. Wędkarz wychyla głowę zza trzcin i widzi płynącego kajakiem gościa, który wiosłuje patelnią. Pyta się go zdziwiony:
-A nie lepiej wioslem?
-Kurwa! Spierdalaj !!

   Gdy spytał czy "Any questions? Any answers?" zadałem trudne pytanie, czy to przypadkiem nie jest zbyt czasożerne w naszej sytuacji. Według niego - nie. Testowania kiedyś też nie uznawano. Pokiwaliśmy więc uczenie głowami, że rzeczywiście jest w tym trochę racji i dalej rozważaliśmy

"Niech dany będzie idealnie kulisty projekt informatyczny...."

 Firma wymyśliła sobie, że jak przepędzi kaznodzieje po projektach, zamiast dawać im większe budżety, to od tego będzie lepiej. Będzie lepiej.... będzie lepiej nie mówić.

 

 

 (czy ktoś kojarzy, do czego nawiązuje ten tekst?)

 

POWPISIE

     Drogie dzieci. Metodyki są dobre. Niestety, prowizorka niekiedy bywa jeszcze lepsza. Jeśli chcecie wprowadzaćmetodykę, to na Boga Jedynego i jego replacementy - nie w środku projektu. Ma to takie same efekty jak przerywanie ewakuacji z tonącego statku, żeby przeprowadzić kurs pływania. Jedna z lekcji informatyki, której często nie ma na studiach brzmi "im więcej osób dołącza do pracy w późnej fazie projektu, tym później ukazuje się on na rynku". Jest to prawo Brooksa, który zapewne był dobrym znajomym Murphy'ego. Każda nowa osoba musi się wdrożyć, zadając tym samym dużo pytań innym. Podobnie bywa w przypadku metodyk. Wprowadzenie dodatkowego formalizmu to wprowadzenie dodatkowych zadań.
A czas nie jest z gumy. Nawet pracowników.   

wtorek, 02 września 2008
Służbowe przedszkole
    Dziś pierwszy września! Całą noc nie mogłem zasnąć, dopiero zgasłem po trzeciej - zastanawiałem się co będę robił w tym roku, jakie piórniki będą mieli koledzy - no ogólnie, lata chodzenia do szkoły zrobiły swoje. Pamięć historyczno-genetyczna natomiast kazała się jeszcze okopać i bronić do upadłego, ale jak się po bliższej analizie okazało - było ty zwyczajne lenistwo.
    Ledwo dotarłem do firmy, wdepnąłem w spotkanie projektowe. Jeśli zastanawialiście się kiedyś jak wygląda spotkanie projektowe z przedstawicielami klienta, a mowa tu nie o zwykłych Jasiach i Basiach, tylko o użytkownikach kluczowych...to nie trudźcie się. To co widziałem przerosłoby wasze wyobrażenia o całą długość.
    Użytkownik kluczowy bowiem, to taki ktoś, który nie dość, że robi - to jeszcze wie po co. Tudzież - wszystkim gada jak mają robić, więc pozbyli się go zmyślnie- delegując do pracy z firmą informatyczną - coby im w dobrej robocie szyków nie mieszał. No więc, będę koloryzował - każdy z działów, a więc użytkownik kluczowy co najmniej jeden - to kolor. Wiśnia, burak, oberżyna - co tam komu w du...szy chodzi. Teraz wyobraźcie sobie, że pokazujemy im prostokąt, w kolorze wybranym - każdy inny od razu chce postawić swoją kropę na nim, coby pięć groszy dołożyć i o własny interes zadbać. Dajemy im kolejne prostokąty - to kręcą nosem, że będzie za dużo roboty, bo oni by chcieli jeden wielki prostokąt - tak będzie prościej. W czasie rozmowy natomiast podnoszą palce zanim zabiorą głos, nie docinają sobie, są błyskotliwi, zorientowani, mądrzy, oczytani - i ogólnie pachną ładnie.
    Zapewne zastanawiacie się, na czym polega rola mojej firmy, skoro sami radzą sobie tak świetnie? Otóź, my im dostosowujemy isniejący już system - zaciskamy więc zęby, tłumaczymy, że tu trzeba obrócić się w kółko,a tam podskoczyć na lewej nodze. Staramy się ich zająć i uzmysłowić imfakt, jak świetnie będą się bawić podczas korzystania z systemu. Jednym słowem, najzwyczajniej w świecie odwracamy uwagę i robimy dobrą minę do złej gry... bo do tego systemu wchodzą tylko kwadraty.
    Chciałbym się również podzielić złotą zasadą - której monochromatyczny, dajmy na to - szary użytkownik, nie dostrzega. Ten system nie jest po to, żeby mu było wygodnie. Ten system nie jest po to, żeby miał mniej do wpisywania. Ten system jest po to, żeby zarząd widział co się dzieje w firmie i mógł na podstawie tego mniej się wysilać. Otóż to moi drodzy. Złota zasada brzmi bowiem "Kto ma złoto,ten ustala zasady."
piątek, 22 sierpnia 2008
W szeregach projektariatu

Ledwo dotarłem do biura, już od pół godziny zaludniałem kafeterię. Taki jestem pracowity. Gdy byłem już w stanie sprawdzić poranną pocztę, odezwał się telefon. Otóż - okazało się, że zostałem przydzielony do projektu. Mamo, tato - firma mnie potrzebuje ! Skończyło się zabezpieczanie wolnego czasu - wreszcie zacznie się coś dziać. Wydrukowałem kawałek dokumentacji, przetrawiłem go razem z grecką sałatką od Pana Kanapki i mogłem jechać hen w siną dal. W sinej dali mogę nosić jeasny, kolczyk, nie potrzebuję nawet krawata. Zapewne więc zostaję więc do końca roku w stolicy (nie to żebym wcześniej tu nie był) i będę walczył z zawirowaniami w karierze. Bo jednak w konsultingu projekt, ale rąk trzeba do pracy - więc będę programistykiem .... Szef mówi, że postara się, żebyśmy się na konsultanta my RaV też przyuczyli. Znaczy - będę zapewne w dodatku siedział uwalany po łokcie i rzeźbił w ... celulozie.

Epicka część jest taka, że jest to język mało komu znany, ze składnią z lat 80siątych dałbym - wyzwanie na miarę naszych możliwości. Natomiast tajemnicą poliszynela jest fakt, że na od pewnego poziomu szczegółowości - dokumentację znajdzie się tylko po niemiecku - a nazwy tabel w bazie danych są ujmującymi skrótami niemieckich nazw. Nie będę mówił za o mnie to ujęło i jak mocno ścisnęło. W każdym razie, aż cienko pisze - jak zresztą widać - wpis jest na szybko i w ostatniej chwili.

Weselsza część - jutro od południa do późnych godzin wieczornych mam integrację - która wzięła się właśnie z mojego aktualnego przydziału. Smutniejsza - muszę wrócić wypoczęty i zdolny do pisania magisterki. W sobotę oddaję, a muszę mieć co.