Życie i praca w korporacji. Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne,a podobieństwa niezamierzone. Wszystkie terminy dotrzymane, kobiety piękne,a weekendy wolne. Chyba że nie.
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl
środa, 21 lipca 2010
Do chomiczego donga!

Ostatnio nie piszę, bo jestem bardzo zapracowanym chomikiem. Bieganie w kółeczko w kołowrotku potrafi zmęczyć najtęższe umysły, albowiem one właśnie kondycji zazwyczaj nie mają. To porównanie jest nad wyraz opisowe i obrazowe, bo wyobraźcie tylko sobie. Siedzi sobie chomik w kołowrotku i billuje na ten kołowrotek. Stwierdzają więc władze wyższe, że trzeba kołowrotek ruszyć, bo światełko w tunelu się nie świeci - wrzucają więc drugiego chomika. Chomiki, nie króliki, wiadomo - sobą się nie zajmą pytają więc - co mamy robić? I tu szef odpowiada - gońcie się.
Mniej więcej tak można przedstawić moją aktualną sytuację, tylko chomiki są już mokre ze zmęcznia, więc wrzucili je na patelnię, żeby trochę wyschły,a przy okazji i szybciej nóżkami przebierały.

Ostatnio nie piszę, bo jestem bardzo zapracowanym chomikiem. Bieganie w kółeczko w kołowrotku potrafi zmęczyć najtęższe umysły, albowiem one właśnie kondycji zazwyczaj nie mają. To porównanie jest nad wyraz opisowe i obrazowe, bo wyobraźcie tylko sobie. Siedzi sobie chomik w kołowrotku i billuje na ten kołowrotek. Stwierdzają więc władze wyższe, że trzeba kołowrotek ruszyć, bo światełko w tunelu się nie świeci - wrzucają więc drugiego chomika. Chomiki, nie króliki, wiadomo - sobą się nie zajmą pytają więc - co mamy robić? I tu szef odpowiada - gońcie się.


Mniej więcej tak można przedstawić moją aktualną sytuację, tylko chomiki są już mokre ze zmęcznia, więc wrzucili je na patelnię, żeby trochę wyschły,a przy okazji i szybciej nóżkami przebierały.

 

wtorek, 14 października 2008
Krasny lud.

     RaV ze zniecierpliwieniem obserwował niemrawe ruchy wskazówek na powierzchni zegarka. Wszystko było jakieś takie ospałe. Piątek, czwarta, wczesna jesień. Dosłownie wszystko. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Naprzeciwko miał Drzewo Środkowe, po prawej Wilka, a wokół resztę współwyrobników w pozostałych rolach...wciąż jednak siedzących na dupskach. Znaczyło to tylko jedno... ktoś musiał wyjść z pracy wyjść jako pierwszy. Wrodzona wola walki nie pozwoliła RaVowi zająć tak hańbiącej pozycji - ubrał się jednak szybko i już był za drzwiami. Teraz wyjdą i się nabiorą - oszukał ich wszystkich. Nie wiedzieli bowiem, że wyszedł z pracy i poszedł do biura. Czekał tam na niego Czerwony Kapturek.

    Nie ważne jak bardzo staram się nie widzieć podobieństw do wojska... czerwony kapturek jest moim oficerem politycznym. Przejdźmy jednak od razu do rzeczy, pomijając kolorystykę. W szacownej firmie, każdy ma swojego szefa - jednak gdy wkraczasz do wielkiej internacjonalistycznej rodziny, okazuje się, że to nie wszystko. Oprócz setki właśnie odnalezionych braci i sióstr, w wielkiej czerwonej familii masz też dobrego wujka. Każdy ma swojego, musi z nim współpracować i donosić (w moim przypadku koszyczki, te sprawy), ogólnie - wpaść czasem i  porozmawiać.

Co ja wam będę oczy mydlił. Zostałem więc Współpracownikiem Czerwonego Kapturka. Dla oddania powagi sytuacji, posłużę się skrótem - CzeKa. Czeka czuwa nad moją prawomyślnością, rozwojem osobistym, niegasnącym zapałem (co symbolizuje pochodnia), oraz zaangażowaniem (i bat). I tylko CzeKa. Bo menadżer ma to centralnie w poważaniu i właśnie dlatego jest potrzebny Kanclerz Karierowicz (zangielszczale - career counselor). To instytucja, do której lecisz z płaczem, gdy menadżer cię bije, nie daje kieszonkowego albo nie pozwala wyjść wieczorem na miasto czy w szczególnym przypadku - z pracy do domu.

Wielu młodych pracowników ma ten problem. Nie należy się tego jednak wstydzić, gdy dzieje ci się krzywda, nie zamykaj się w sobie, otwórz się do ludzi - zadzwoń. Pomoc jest w zasięgu ręki. Twój dobry wujek, CzeKa.

  Ze swoim KK (CC) spotykasz się  w drzwiach,  kuchni, na integracji, korytarzu , ogólnie gdzie tylko się da przypadkiem, a czasem nawet gdy już nie da się go uniknąć - na dorocznej rewizji osobistej. (annual review). O czym wkrótce.

niedziela, 31 sierpnia 2008
Drzewniej to piątki bywały


    Tuż po przyjęciu do projektu, co zdarzyło się w czwartek przedostatni - wylądowałem na spotkaniu z klientem - niedaleko bo pokój obok... idź tam i posłuchaj, to się zapoznasz z robotą. Cztery godziny biadolenia o procesach biznesowych, dog(o)rywanie szczegółów, czegoś o czym nie mam bladego pojęcia - co tu dużo mówić - było ciekawie. Rzecz jasna, jeszcze ciekawiej byłoby gdyby przedstawiali to w formie interpretowalnego tańca -  bardziej potrafiłbym się odnieść, a i walory artystyczne byłyby większe, no ale nie można wszystkiego wymagać od ludzi w piątki.
    
    Aż tu nagle, skończyło się spotkanie. W te pędy na dół - nikogo nie ma! Pojechali bez nas na integrację. Więc w taksówkę i sruuu. Na miejscu końcówka części oficjalnej, po czym część bezoficjalna. Wyobraźcie sobie, że wynajęli nam KOwca. Facet mówi - zrobimy teatrzyk. Czerwony Kapturek, w wersji naszej. I rozdzielamy ludzi - dwumetrowy czerwony kapturek, samiec rzecz jasna, plus inne role, w tym - drzewa. Drzewa, czyli chórek były niezapomniane. Nierzadko widzi się menadżerów owiniętych krepiną, śpiewających "Szuuuuuumi dokoła laaas". Którzy co jakiś czas słyszą radę "Bardziej pracuj konarami!"... aż się zestresowały i poszły...zapalić. Scenarzyści, scenografowie - każdy dostał jakąś rolę. Taki teambuilding ad absurdum. Na koniec kolacja, powrót i było miło. Chociaż to wciąż banda bliżej nie znanych mi osób ... plus bór ciemny, menadżerny.
czwartek, 21 sierpnia 2008
Szkolenie - zrób to sam.

   Dziś od rana dalszy ciąg zabezpieczania czasu - herbata zielona (Kuchnia zaopatrzona jest w parę rodzajów herbat, kaw, mleko oraz gorącą czekoladę....wciąż się dziwię, że w tym miejscu czekoladą i mlekiem płynącym nie ma koryta z M&Msami) i dalej parę papierków do podpisania, a potem rutyna. Szkolenie z danych osobowych-  kłaniają się dwie kolejne polityki, scenki rodajowe, inżynieria społeczna i co robić, jak przypadkiem wypłyną dane osobowe,a to znaczy- należą do osoby - i wy byście tej osobie zaszkodzili - a to być może wasza matka. Tym sposobem, w godzinę nauczyłem się materiału z semestralnego przedmiotu ze studiów i upewniłem się, że czego w firmie nie zrobisz na to jest paragraf. Znaczy polityka. Coraz bardziej podobają mi się te wewnętrzne szkolenia online. Tak bardzo, że po obiedzie poszedłem do magazynku, zakosiłem śliczny zeszyt i z następnego szkolenia zacząłem robić notatki. Żal dupę ściska, że nie ma służbowych kredek. I brokatu ! I krepiny ! Z modeliny mógłbym zrobić model systemu... naprawdę powoli zaczyna mi się nudzić - co zresztą widać. Obserwacji coraz mniej , błyskotliwy być przestaję, siedzę i korparcieję.

   Jutro już chyba nie będę miał pomysłu co robić, jeśli nie zaczną mnie ściągać na jakiś projekt. Z walecznej szóstki, jedyna koleżana na projekt poszła, zostawiając nas samych. Zmieniło to trochę warunki, na koszarowe i głównym tematem podczas drogi na lunch były widoki na trasie... a szliśmy powoli, bo trasa była widokowa. Znaczy o dupach , jak zwykle. Czuję się zgorszony - bo po co gadać, jak nic z tego nie wynika i tylko libido szturchają? Podłe podłe hobbity. Jednak takie są prawa rynku, ktoś idzie do przodu, coś idzie do góry, ale przynajmniej okolice śą ładne - centrum, biurdelowce, to w godzinach lunchu spotkać można ludzi w garniakach w drodze do, lub okupujących chinole, bary mleczne i stołówki urzędowe. Ot, stoliczny folklor.

   A wracając do kwestii ludzi z firmy, przy kawie spotkałem tak zwanego Eksponata - który taki zły nie jest, który w sumie zły nigdy nie był - bo mnie nie pognębiał.  Zła Harletka wciąż wygląda jakoś smutno. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z dziewczyną z administracji, która ciągle jest wesoła. Takie trochę jin i jang, albo klin i kac.

środa, 20 sierpnia 2008
Korporacja - ścieżka samurajów

    Dziś ciąg dalszy - najpierw usiadłem w open space przy kuchni - pozwoliło to na obserwacje młodych samców i samiec korporaczanów przy kawopoju. Samice łączą się w grupki i wymieniają nieważkimi wiadomościami. Samce wymieniają się nieważkimi informacjami i łączą w grupki. Czasem grupki się mieszają i sami wiecie co dalej.
    Później natomiast przeniosłem się wraz z moim stadem ( zaczęliśmy wczoraj pracę w 6-7 osób, więc trzymamy się zwartą grupą) do innego open space. Poinstalowałem programy, poczytałem papiery, przeklikałem się przez obowiązkowy kurs etyki korporacyjnej - takie tam duperele. Raz nawet chyba peknąłem byłem z zazdrości - parę osób jest w innym departamencie. Na razie żadne z nas nie ma przydziału projektowego,  więc w tym co robimy różnicy nie ma .... no ale nazwa ...jak brzmi ! Spotkałem też kolegę ze studiów. Chwilę pogadaliśmy, a ten mnie już klepie, że RaV, się tak nie stresuj i nie przejmuj - tu jest konsulting. Ot protekcjonalne konsularne bydle.
    Jeśli już się wydało, że do projektu przypisany nie jestem to mogę wam otwarcie powiedzieć, o czym sobie myślę. Otóż myślę sobie, o analogii i rozpoznawaniu wzorców. Czuje się jakbym wpadł do działającej biurokracji - tutaj wszyscy wiedzą co mają robić, wszyscy wiedzą jak co załatwić, przepisy są opisane rozsądnie (życiowości jeszcze nie sprawdziłem), a ludziom na tyle dobrze płacą, że nie usłyszysz "Wyjść! Jem przecież", żyje się dostatnio, a korporacja rośnie w siłę. Drugie ze skojarzeń, to wojsko. W wojsku czas to rzecz bezcenna. Stąd też, dzisiaj zabezpieczałem czas wolny - nie malowałem co prawda trawy na zielono, jednak klikanie się przez kodeks etyki do ambitnych nie należało - miło jednak dowiedzieć się, że coś takiego występuje. Zawsze to lepiej jak podpierdalasz kogoś i masz przy tym moralne wsparcie firmy. Bo czuję, że do tego w polskim wykonaniu to się może sprowadzać. Mi osobiście podoba się, że jasno i wyraźnie napisano, że to a to jest ważne, że problem to nie czarnobiel,a  często obie strony mają racje.Tylko trzeba wybrać te bardziejsze, że nie dyma się firmy, ani jej klientów, oraz, że przechodząc przez parę tabelek można odpowiedzieć sobie na niejedno zajebiście ważne pytanie. A potem po prostu wrócić do roboty.
    

Motyw wojska, to jeszcze wróci bo tych podobieństw albo widzę coraz więcej, albo się chłopom wszystko z jednym kojarzy.

wtorek, 19 sierpnia 2008
Dzień indukcji

Dziś będę straszny -  opowiem wam o firmie.

    Tak się zdarzyło, że ledwo poszedłem do firmy - już trafiłem na święto. Dzień indukcji, jeśli dobrze zrozumiałem (ang. Induction Day) - obchody polegały na zagonieniu nowoprzybyłych do sali, oraz przedstawieniu im scenek rodzajowych i prezentacji przez coraz to kolejne osoby.  Na początku opowiedzieliśmy coś o sobie, posłuchaliśmy o firmie, opowiedzieliśmy coś o sobie, posłuchaliśmy o rozliczaniu godzin, opowiedzieliśmy coś o sobie, posłuchaliśmy BHP. W międzyczasie mieliśmy też inne prezentacje, lunch i opowiadaliśmy coś o sobie - każdemu z osobna. Poznaliśmy lokalną gwarę "wsadzacie to dziewczynom w pigeon hole'a, a one to sobie później file'ują". Wszystko okraszone było dużą ilością odwołań "Polityka 800! Polityka 800!" , "Formularz E101!" - jak widać Firma czerpie z najlepszych wzorców - Domu Który Czyni Szalonym, oraz - jak podejrzewam - Paragrafu 22. O arkuszach czasu pracy i arkanach rozliczania płatności i nadgodzin - nawet nie wspomnę.
    Na koniec dowiedziałem się, że po tym wszystkim - mam jeszcze spotkanie z menadżerem. Tam rzecz jasna - opowiedziałem coś o sobie, później dowiedziałem się, że rąk do pracy  brakuje - więc młodych i świeżych łapią do projektów, póki ci nie wiedzą w którym kierunku uciekać. Biorąc pod uwagę, że rola w tym projekcie to istne czarnuchowanie, poczułem się jakbym nagle znalazł się kontynent niżej.
   W ten oto sposób zrobiłem swoją pierwszą nadgodzinę. Nawet nie mając zadań do wykonania. Hey ho, let's go.

    A piszę dopiero teraz, bo jeszcze w domu musiałem pokonfigurować laptopa, jutro z rana iść powiedzieć, że nie wszystko dostałem i dalej latać z kwitami. Najfajniejszy motyw - muszę wypełnić CVkę w systemie, żeby menadżerowie mogli mnie sobie najpierw pooglądać, zanim wezwą do projektu. Plus określić swoje cele rozwojowe długoterminowe,  a przystępując do projektu  również krótkoterminowe. W którym dokumencie podaje się ulubioną średnicę gałki ocznej jeszcze nie wiem, ale mogę się założyć, że jest ścisła procedura pomiaru.