Życie i praca w korporacji. Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne,a podobieństwa niezamierzone. Wszystkie terminy dotrzymane, kobiety piękne,a weekendy wolne. Chyba że nie.
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl
piątek, 22 sierpnia 2008
W szeregach projektariatu

Ledwo dotarłem do biura, już od pół godziny zaludniałem kafeterię. Taki jestem pracowity. Gdy byłem już w stanie sprawdzić poranną pocztę, odezwał się telefon. Otóż - okazało się, że zostałem przydzielony do projektu. Mamo, tato - firma mnie potrzebuje ! Skończyło się zabezpieczanie wolnego czasu - wreszcie zacznie się coś dziać. Wydrukowałem kawałek dokumentacji, przetrawiłem go razem z grecką sałatką od Pana Kanapki i mogłem jechać hen w siną dal. W sinej dali mogę nosić jeasny, kolczyk, nie potrzebuję nawet krawata. Zapewne więc zostaję więc do końca roku w stolicy (nie to żebym wcześniej tu nie był) i będę walczył z zawirowaniami w karierze. Bo jednak w konsultingu projekt, ale rąk trzeba do pracy - więc będę programistykiem .... Szef mówi, że postara się, żebyśmy się na konsultanta my RaV też przyuczyli. Znaczy - będę zapewne w dodatku siedział uwalany po łokcie i rzeźbił w ... celulozie.

Epicka część jest taka, że jest to język mało komu znany, ze składnią z lat 80siątych dałbym - wyzwanie na miarę naszych możliwości. Natomiast tajemnicą poliszynela jest fakt, że na od pewnego poziomu szczegółowości - dokumentację znajdzie się tylko po niemiecku - a nazwy tabel w bazie danych są ujmującymi skrótami niemieckich nazw. Nie będę mówił za o mnie to ujęło i jak mocno ścisnęło. W każdym razie, aż cienko pisze - jak zresztą widać - wpis jest na szybko i w ostatniej chwili.

Weselsza część - jutro od południa do późnych godzin wieczornych mam integrację - która wzięła się właśnie z mojego aktualnego przydziału. Smutniejsza - muszę wrócić wypoczęty i zdolny do pisania magisterki. W sobotę oddaję, a muszę mieć co.
czwartek, 21 sierpnia 2008
Szkolenie - zrób to sam.

   Dziś od rana dalszy ciąg zabezpieczania czasu - herbata zielona (Kuchnia zaopatrzona jest w parę rodzajów herbat, kaw, mleko oraz gorącą czekoladę....wciąż się dziwię, że w tym miejscu czekoladą i mlekiem płynącym nie ma koryta z M&Msami) i dalej parę papierków do podpisania, a potem rutyna. Szkolenie z danych osobowych-  kłaniają się dwie kolejne polityki, scenki rodajowe, inżynieria społeczna i co robić, jak przypadkiem wypłyną dane osobowe,a to znaczy- należą do osoby - i wy byście tej osobie zaszkodzili - a to być może wasza matka. Tym sposobem, w godzinę nauczyłem się materiału z semestralnego przedmiotu ze studiów i upewniłem się, że czego w firmie nie zrobisz na to jest paragraf. Znaczy polityka. Coraz bardziej podobają mi się te wewnętrzne szkolenia online. Tak bardzo, że po obiedzie poszedłem do magazynku, zakosiłem śliczny zeszyt i z następnego szkolenia zacząłem robić notatki. Żal dupę ściska, że nie ma służbowych kredek. I brokatu ! I krepiny ! Z modeliny mógłbym zrobić model systemu... naprawdę powoli zaczyna mi się nudzić - co zresztą widać. Obserwacji coraz mniej , błyskotliwy być przestaję, siedzę i korparcieję.

   Jutro już chyba nie będę miał pomysłu co robić, jeśli nie zaczną mnie ściągać na jakiś projekt. Z walecznej szóstki, jedyna koleżana na projekt poszła, zostawiając nas samych. Zmieniło to trochę warunki, na koszarowe i głównym tematem podczas drogi na lunch były widoki na trasie... a szliśmy powoli, bo trasa była widokowa. Znaczy o dupach , jak zwykle. Czuję się zgorszony - bo po co gadać, jak nic z tego nie wynika i tylko libido szturchają? Podłe podłe hobbity. Jednak takie są prawa rynku, ktoś idzie do przodu, coś idzie do góry, ale przynajmniej okolice śą ładne - centrum, biurdelowce, to w godzinach lunchu spotkać można ludzi w garniakach w drodze do, lub okupujących chinole, bary mleczne i stołówki urzędowe. Ot, stoliczny folklor.

   A wracając do kwestii ludzi z firmy, przy kawie spotkałem tak zwanego Eksponata - który taki zły nie jest, który w sumie zły nigdy nie był - bo mnie nie pognębiał.  Zła Harletka wciąż wygląda jakoś smutno. Podejrzewam, że ma to coś wspólnego z dziewczyną z administracji, która ciągle jest wesoła. Takie trochę jin i jang, albo klin i kac.

środa, 20 sierpnia 2008
Korporacja - ścieżka samurajów

    Dziś ciąg dalszy - najpierw usiadłem w open space przy kuchni - pozwoliło to na obserwacje młodych samców i samiec korporaczanów przy kawopoju. Samice łączą się w grupki i wymieniają nieważkimi wiadomościami. Samce wymieniają się nieważkimi informacjami i łączą w grupki. Czasem grupki się mieszają i sami wiecie co dalej.
    Później natomiast przeniosłem się wraz z moim stadem ( zaczęliśmy wczoraj pracę w 6-7 osób, więc trzymamy się zwartą grupą) do innego open space. Poinstalowałem programy, poczytałem papiery, przeklikałem się przez obowiązkowy kurs etyki korporacyjnej - takie tam duperele. Raz nawet chyba peknąłem byłem z zazdrości - parę osób jest w innym departamencie. Na razie żadne z nas nie ma przydziału projektowego,  więc w tym co robimy różnicy nie ma .... no ale nazwa ...jak brzmi ! Spotkałem też kolegę ze studiów. Chwilę pogadaliśmy, a ten mnie już klepie, że RaV, się tak nie stresuj i nie przejmuj - tu jest konsulting. Ot protekcjonalne konsularne bydle.
    Jeśli już się wydało, że do projektu przypisany nie jestem to mogę wam otwarcie powiedzieć, o czym sobie myślę. Otóż myślę sobie, o analogii i rozpoznawaniu wzorców. Czuje się jakbym wpadł do działającej biurokracji - tutaj wszyscy wiedzą co mają robić, wszyscy wiedzą jak co załatwić, przepisy są opisane rozsądnie (życiowości jeszcze nie sprawdziłem), a ludziom na tyle dobrze płacą, że nie usłyszysz "Wyjść! Jem przecież", żyje się dostatnio, a korporacja rośnie w siłę. Drugie ze skojarzeń, to wojsko. W wojsku czas to rzecz bezcenna. Stąd też, dzisiaj zabezpieczałem czas wolny - nie malowałem co prawda trawy na zielono, jednak klikanie się przez kodeks etyki do ambitnych nie należało - miło jednak dowiedzieć się, że coś takiego występuje. Zawsze to lepiej jak podpierdalasz kogoś i masz przy tym moralne wsparcie firmy. Bo czuję, że do tego w polskim wykonaniu to się może sprowadzać. Mi osobiście podoba się, że jasno i wyraźnie napisano, że to a to jest ważne, że problem to nie czarnobiel,a  często obie strony mają racje.Tylko trzeba wybrać te bardziejsze, że nie dyma się firmy, ani jej klientów, oraz, że przechodząc przez parę tabelek można odpowiedzieć sobie na niejedno zajebiście ważne pytanie. A potem po prostu wrócić do roboty.
    

Motyw wojska, to jeszcze wróci bo tych podobieństw albo widzę coraz więcej, albo się chłopom wszystko z jednym kojarzy.

wtorek, 19 sierpnia 2008
Dzień indukcji

Dziś będę straszny -  opowiem wam o firmie.

    Tak się zdarzyło, że ledwo poszedłem do firmy - już trafiłem na święto. Dzień indukcji, jeśli dobrze zrozumiałem (ang. Induction Day) - obchody polegały na zagonieniu nowoprzybyłych do sali, oraz przedstawieniu im scenek rodzajowych i prezentacji przez coraz to kolejne osoby.  Na początku opowiedzieliśmy coś o sobie, posłuchaliśmy o firmie, opowiedzieliśmy coś o sobie, posłuchaliśmy o rozliczaniu godzin, opowiedzieliśmy coś o sobie, posłuchaliśmy BHP. W międzyczasie mieliśmy też inne prezentacje, lunch i opowiadaliśmy coś o sobie - każdemu z osobna. Poznaliśmy lokalną gwarę "wsadzacie to dziewczynom w pigeon hole'a, a one to sobie później file'ują". Wszystko okraszone było dużą ilością odwołań "Polityka 800! Polityka 800!" , "Formularz E101!" - jak widać Firma czerpie z najlepszych wzorców - Domu Który Czyni Szalonym, oraz - jak podejrzewam - Paragrafu 22. O arkuszach czasu pracy i arkanach rozliczania płatności i nadgodzin - nawet nie wspomnę.
    Na koniec dowiedziałem się, że po tym wszystkim - mam jeszcze spotkanie z menadżerem. Tam rzecz jasna - opowiedziałem coś o sobie, później dowiedziałem się, że rąk do pracy  brakuje - więc młodych i świeżych łapią do projektów, póki ci nie wiedzą w którym kierunku uciekać. Biorąc pod uwagę, że rola w tym projekcie to istne czarnuchowanie, poczułem się jakbym nagle znalazł się kontynent niżej.
   W ten oto sposób zrobiłem swoją pierwszą nadgodzinę. Nawet nie mając zadań do wykonania. Hey ho, let's go.

    A piszę dopiero teraz, bo jeszcze w domu musiałem pokonfigurować laptopa, jutro z rana iść powiedzieć, że nie wszystko dostałem i dalej latać z kwitami. Najfajniejszy motyw - muszę wypełnić CVkę w systemie, żeby menadżerowie mogli mnie sobie najpierw pooglądać, zanim wezwą do projektu. Plus określić swoje cele rozwojowe długoterminowe,  a przystępując do projektu  również krótkoterminowe. W którym dokumencie podaje się ulubioną średnicę gałki ocznej jeszcze nie wiem, ale mogę się założyć, że jest ścisła procedura pomiaru.

   

 


 

niedziela, 17 sierpnia 2008
V kręgów piekła - polowanie na lwa spotkaniowego.

[Znajdź sobie silnego i wytrzymałego. Żeby długo i do późna dla Ciebie pracował. I podaj soki. Ważne żeby mało pił.]

    Do występu przygotowuje się już grupa RaV & rekrutanci, natomiast po stronie gospodarzy właśnie występują - Szara HRrleta (czyt. Szara Harleta) i dwa czarne garnitury - czyli tercet monochromatyczny. Czarne garnitury - Ekspert i Eksponat , odpowiednio o większym i mniejszym doświadczeniu pokrótce opowiedzieli o sobie, po czym byli baczni, a głos zabrała Szara HRleta.
  

  Zaczęło się pozornie prosto. Może na początku powiecie coś o sobie. Inni jakoś bardzo się nie kwapili, zgłosiłem się więc bez większych oporów - akurat poruszyli mój ulubiony temat. Poza tym, z doświadczenia wiem, że w takich sytuacjach najlepiej mówić jako pierwsza osoba, ponieważ człowiek nie ma czasu się stresować, porównywać swoje osiągnięcia z cudzymi osiągnięciami i dołować brakiem podobnych dokonań, dzięki czemu bez skrępowania można wstać i przyznać się, że nazywa się RaV i jest informatykiem. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jeszcze zaliczy grupowy uścisk z co ładniejszymi koleżankami,a od kolegów słowa wsparcia "Jesteśmy z tobą."
   

  Teraz jednak przejdziemy do zadań indywidualnych. Zamknijcie oczy, odprężcie się, wyobraźcie sobie - właśnie przyszliście do nowego projektu i, że tak komiksowo powiem -  WTEM! - okazuje się, że szefa nie ma, a ktoś musi zaprezentować pewien projekt podsystemu. Dziwnym trafem, padło na was. Oto opis podsystemu, kolorowe flamastry, kartki, słodycze, brokat, tęcza, jednorożec - macie wszystko co potrzeba żeby zrobić z tego fajną prezentacją. Na 3 minuty. Za kwadrans. Po angielsku. I mówcie zarówno o kwestiach technicznych, jak i biznesowych.
   

  Twoja pewność siebie wzrosła właśnie o jeden punkt. Okazuje się, że mój angielski, oceniony metodą porównawczą - nie jest znów taki zły. Brak akcentu to nie taki znowu problem, jak np. generowanie fali nośnej "yyyyyyyyyyyy", gdy akurat się nie ma słowa. Co lepsze- ludzie nie potrafią prezentować. Z doświadczenia wiem, że trzy minuty, to aż nadto czasu, żeby przekazać wszystko co by się chciało - gdy mówisz za długo, ludzie tracą zainteresowanie. Gdy mówisz monotonnie, ludzie tracą zainteresowanie. Gdy mówisz bez przekonania, nawet go nie mają. Natomiast, gdy  wychodzisz na środek, bez przygotowanych materiałów, odwracasz się plecami i przez połowę prezentacji malujesz coś na tablicy, spieprzyć bardziej możesz tylko w jeden sposób. Wystarczy, że będziesz w tym samym czasie mówić. I chyba byłem jedyną osobą, która wspomniała o biznesowej części. Dwa lata specjalizacji nauczyły mnie, że kwestia techniczna może być dla niektórych fajna, jednak tych co za to wszystko płacą, jakoś to nie kręci. Najważniejsze pytanie bowiem brzmi nie "jak to działa?", a "co ja z tego będę miał?".


    Praca grupowa była zabawna. Każdy posiadał bowiem opis jednego podsystemu, które w połączeniu tworzą kapitana wypłatę. Naszym zadaniem było ładnie połączyć podsystemy na diagramie, opisać jak to i po co działa, oraz jakie korzyści biznesowe z tego będą. Tym sposobem silną grupą, złożoną ze mnie, dwóch osób które nie do końca wiedziały co opisują, jednej która wiedziała, oraz jednej która wszystko świetnie wiedziała - mieliśmy zdziałać cuda.
    Koledze co wiedział wszystko, włączył się dzięki temu przywódca, mi natomiast - ogarniacz. Podział stary jak studia - podczas gdy starosta (zanim ja nim zostałem) mówił i czasem coś robił, ja wtedy ogarniałem tematy które on zapomniał. W tym przypadku, gdy już udało narysować się diagram , a prezentacja właśnie się miała zaczynała, ja jeszcze od wszystkich zbierałem opis funkcji, które ich podsystemy udostępniają (Z ostatniej chwili - jest funkcjonalność, ale nie ma funkcjonalności - w sensie liczby mnogiej. Warto zapamiętać.)


    Najbardziej podobał mi się moment, w którym kolega wiedzący, stwierdził, że teraz głos zabiorę ja i opowiem o  funkcjonalności poszczególnych podsystemów. Zupełnie mnie to nie zdziwiło... a przynajmniej mam nadzieję, że tak to wyglądało. Później jeszcze Ekspert i Eksponat zadawali nam pytania o naszym rozwiązaniu, tu już nie czułem się tak pewnie - bowiem pytali o kwestie techniczne. Co gorsza - Ekspert coś podobnego robił, więc świetnie się znał, my trochę mniej, a Eksponat wciąż bacznie obserwował.


    Co dalej ? Znów czekanie na telefon. Przecież muszą ustalić które z nas najlepiej będzie się czuło na niekończących się spotkaniach. Mrau.

V kręgów piekła - pochwal się jak władasz językiem i pokaż jak robisz to ręką.
[Kto nie pisze, ten nie kocha - przed spotkaniem z Rodziną, niech opisze co robił wcześniej. Najlepiej jakby był prawnikiem, lekarzem, a w weekendy - wolontariuszem. U nas też będzie pracował w weekendy - zachęcimy go pieniędzmi.]

    Telefon odebrałem jeszcze tego samego dnia, wieczorem. Wynik był tendencyjny - znów przeszedłem do kolejnego etapu. Szybkie pouczenie, czego się spodziewać - Zarezerwuj piątek, ubierz się ładnie, wpadnij do nas w porze lunchu. Jak się spodobasz - widzisz sie wieczorem z menadżerem. Do tego czasu wysłać miałem spis ocen ze studiów, oraz opis trzech projektów w których brałem udział. Opis rzecz jasna po angielsku.
    
    Jeśli w CV człowiek ładnie stara się opisać to czego się nauczył,ale zapomniał i to jak stara się zachowywać, gdy akurat mu na czyś zależy - to w opisach projektów wznosimy się na wyżyny krasomówstwa. Koledzy bumelanci nagle zmieniają się w osoby o ograniczonym stopniu zaangażowania, partacze w konsultantów niemerytorycznych, a cel projektu nagle przestaje być nieżyciowy, a staje się akademicki. My sami natomiast potrafiliśmy idealnie znaleźć się w zaisniałej sytuacji, zdobyliśmy przy tym niebywałą wiedzę, a horyzonty to nam po prostu śmigały na boki.
    
    I tak oto, stosując piękne omówienie, wrzeszczymy na potęgę - "Wybierz nas! Warto!" Rzecz jasna przykłady dobieramy odpowiednio, żeby przyciągneły uwagę, ale też nie przesadzamy - powinny  być nienaganne i sprawiać miłe dla oka wrażenie - ot tak, żeby nie chciało się do czegoś przyczepić,a jednak warto było powspominać. Taki tam kobiecy makijaż.
środa, 13 sierpnia 2008
V kręgów piekła - część wtóra - erotyk rekrutacyjny.
[Odezwij się do niego. Umów się, porozmawiajcie.
Może zyskuje na bliższym poznaniu. Zróbcie to przez telefon.]


-Dzień dobry, to Ja. Czy to Pan? Może moglibyśmy?
-Ja...tak...to ja. Ja to bym bardzo chciał z Panią.
-To może zdzwonimy się? W środę? Pół godzinki sam na sam?
-Och! Ależ tak! Będę czekał z niecierpliwością.
-Zrobisz to ze mną... albo z moją koleżanką.

--rozłączyła się--
Będziemy się ze sobą rozmawiać ! - ucieszył się RaV.

I zadzwoniła. I rozmawiali się. W ubraniu, w pokoju, na piętrze, po angielsku, po polsku, w słuchawkę.
Zaczęła niezobowiązująco - spytała się, co sądzę o pierwszym razie. Powiedziałem, że mógłbym zrobić to lepiej,
ale trochę się stresowałem... i nie dały mi wystarczająco dużo czasu. Zwłaszcza, że było dwa razy (po razie na... no - mniejsza z tym) i tylko pięć minut przerwy. Nic nie szkodzi- stwierdziła. I tak byłeś lepszy od większości... specjalnie dajemy mało czasu - nie każdy potrafi sobie poradzić w stresie. A więc jednak - stanąłem na wysokości zadania. Pomyśleć, że wtedy jeszcze bolała mnie głowa. Gra wstępna jednak szybko się skończyła.
-opowiedz mi coś o sobie - zażądała - Jakie były twoje poprzednie? Czemu byłeś z nią tak krótko? Widzę, że po roku wróciłeś.
-Ten pierwszy raz, to było tak dla praktyki- wyznałem z rumieńcem- Później,po roku, znów z nią spróbowałem. Myślałem, że coś z tego wyjdzie, ale rozdzieliły nas studia.
-Co w niej robiłeś? - pytania zaczęły robić się coraz bardziej niedyskretne.
-No, to zależy od okresu  - wydukałem, czerwieniąc się.Opowiedziałem jak robiliśmy to niekiedy w dużych grupach, a czasem tylko w parę osób. Że potrafiłem całymi godzinami, aż do wieczora, a w weekendy zdarzało mi się nawet z niej nie wychodzić.

-A czy na studiach, miałeś jakieś zajęcia, które sprawiają, że jesteś dobrym kandydatem? - zmieniła temat.
-Wiesz, uczyli mnie jak to się robi. Najpierw część wstępna, później zapoznanie, następnie robimy co do nas należy. Na koniec, na wszelki wypadek - testy. Jeśli testy dadzą wynik pozytywny - to wkrótce pojawi się efekt pracy i obie strony powinny być zadowolone. - tłumaczyłem sumiennie arkana sztuki.

Odpowiedź chyba ją ucieszyła - a może moglibyśmy spróbować po angielsku? - zasugerowała.
I zrobiliśmy to po angielsku. Potem znów po polsku. Później, jak gdyby nigdy nic, powiedziała, że zadzwoni.

niedziela, 10 sierpnia 2008
V kręgów piekła. Część Raz

[Wydrukuj wszystkie CV, następnie podrzuć do góry. Zadzwoń do osób, których CV upadły na biurko.]

    Jak wkrótce miało się okazać, drzwi nie wiodły do kariery, a do przedsionka piekła.
Uprzejmy głos, w uprzejmym telefonie, uprzejmie powiedział, że uprzejmie zaprasza. Trzeba im przyznać - uprzejmi być potrafią. Wysłali nawet mailem zaproszenie, co by się stawić z kalkulatorem towarzyszącym w dniu o godzinie i miejscu, celem wspólnych gier i zabaw edukacyjnych.

"Lubie poranki gdy bramy otwierają,
idzie do zmielenia tłum całą zgrają."


    Nie byłem sam - powiem więcej - było nas miliony - lecz zabił nas domestos. Znaczy testy analityczne. Pierwsza część rekrutacji polegała na rozwiązaniu testów liczbowych i ze zrozumienia tekstu. I profilaktycznie, zakładałem też, że z bycia uroczym - więc byłem. Chyba ta część poszła mi najlepiej,  był to bowiem okres, gdy co rosło to pyliło, a najtrwadsi nawet mężowie potrafili zapłakać wzruszeni pięknym kwiatem. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło- byłem tak zmechacony, że stres mógł iść sobie razem z  moją chęcią życia na piwo - nic mnie już nie ruszało.
    
[Zadanie w grupach.  Podczas gdy jedna grupa rozdaje kartki rekrutantom, druga informuje ich o marności żywota, ze szczegółami co do najbliższej godziny.]    
    
    Wracając z pierwszego etapu czułem się trochę jak Spud z Trainspotting. Szczególnie jeśli chodzi o fragment "You have to hande it to Spud. He fucked up good and proper." - miałem wrażenie, że testy poszły fatalnie.  Były też strony lepsze - stwierdziłem bowiem, że założyć garnitur, a dobrze w nim się czuć to dwie różne rzeczy. Część kandydactwa  sprawiała wrażenie jakby ich właśnie gwałcono przez wygląd . Oczami wyobraźni widziałem ich jak wybiegają z sali, zaraz za wyjściem zrywają z siebie garnitur i pędzą hasać na najbliższą łąkę. Gdyby nie  fakt , że była to rekrutacja - sądziłbym, że jestem na ślubie( W myśl zasady, że "Panna Młoda zawsze jest piękna, Pan Młody wygląda jak ofiara"). Nie był to przyjemny widok - tłum zdenerwowanych ludzi i rekrutariat. (Czy oni dobierają je na zasadzie dobra HRletka, zła HRletka?)  Kwestię wyglądu rekrutowanych pomijam, bo mam wrażenie,a że potwierdzał on niekiedy złotą myśl "Człowiek ze wsi wyjdzie, ale garnitur leży dobrze dopiero na drugim pokoleniu." Kwestię wyglądu rekrutujących pomijam, bo dress-code to temat na oddzielne zmagania.

[W połowie testów zrób przerwę. Zachęć do czytania ulotek o firmie. Uśmiechnij się.Raz.]
    
    Z miejsca chciałbym podziękować Złej HRletce za odwrócenie uwagi od bólu głowy. A mówią, że liczy się inteligencja i wiedza, a nie uroda... z doświadczenia jednak powiem, że łatwiej się ogląda niż myśli - zwłaszcza jak się nie ma siły myśleć.
    
    Z miejsca chciałbym powiedzieć, że sam zapewne wyglądałem nie lepiej od innych - zwłaszcza ze zmętniałym wyrazem twarzy, mówiącym "Nie ma się czym przejmować. Nie takie rzeczy już uwalałem. Zróbmy to szybko i chodźmy do domu. Spać. Do września." Może złych nawyków i doświadczeń z pracy nie mam, ale ze studiów- cały bagaż.
   
Zaciągnij się!
    Wszystkie studenckie targi pracy o których wiedziałem skrzętnie omijałem - nie należy sobie przecież psuć humoru i światopoglądu .Im więcej miejsc pracy do wyboru, tym większy dylemat, a im większy dylemat - tym większy dylemat. Jak widać efekt jest lawinowy - w końcu człowiek traci wiarę w siebie, i swoją lepszą połowę (czyli CVkę). Na targi pracy dotarłem więc przypadkowo . Akurat zorganizowali mi je pod uczelnią i zwabili losowaniem laptopa. Perfidny numer rzekłbym... a, że laptopa nie wygrałem - to to czyste chamstwo było.

    W ten oto sposób dowiedziałem się, że Firma - która zatrudnia superspecjalistów - zatrudnia też świeżoupieczonych superspecjalistów. Jak również co nieco o warunkach pracy , że nawet nie jest tak źle - "ja pracuję już trzy miesiące, a jeszcze mnie na zsyłkę nie posłali", oraz inne superlatywy o procesie rekrutacyjnym i swojej skromnej osobie "Swietne stanowisko w sam raz dla Pana. Młodszy analityk w Consultingu. Wszystkiego się Pan nauczy." Doprawdy zdziwiłem się, że nie usłyszałem "RaV, wstąp w szeregi. Firma cię potrzebuje."             

    Ledwo księżyc minął a kur zapiał, że rękę mam w nocniku. Niezwykle ciekawe miejsca pracy się nie odzywały, lub stawiały jakieś wygórowane wymagania - np. list motywacyjny którego pisania wolałbym  uniknąć. W  aktualnej sytuacji brzmiałby on mniej więcej tak "Hej Mała. Kasa, mała. KA-SA NIE-MA-ŁA! Mała, hej". Aż tu nagle... partyzanckie metody zaczęły działać.             

    Jak wiadomo - świat poszedł do przodu i żeby dostać robotę, trzeba się naklikać. Im większa firma, tym bardziej złożona aplikacja i skomplikowany proces, żeby dojść do opisu stanowiska i upragnionego przycisku "Weź mnie!".  Wyszedłem z założenia, że jeśli dla mnie ta aplikacja jest toporna, to z dużym prawdopodobieństwem - jeśli tylko muszą z niej korzystać HRletki (czyt. Harletki) i reszta rekrutariatu - to doprowadza je do białej gorączki. Trzeba znaleźć jakiś inny sposób, bo inaczej odezwą się do mnie, gdy będę mieszkał "na skandynawskiego trolla" (czyt. pod mostem). Postanowiłem więc wysłać maila z zapytaniem co tam w firmie słychać i przy okazji załączyć swoje CV. Pomogło – tak oto wsadziłem nogę w drzwi do kariery.

    

   
Korporacja i Ty
Witam wszystkich,

Nie byle jaki to blog, a co dopiero odcinek - jest to bowiem odcinek inaugurujący,w którym pokrótce wprowadzę wszystkich w skomplikowaną fabułę.

Cała historia zaczęła się parę tysięcy lat temu, gdy Fenicjanie wylansowali pieniądze. Niektóre środki płatnicze, jak na przykład menhiry, muszelki Fidżi nie potrafiły znaleźć się w nowej sytuacji - nie wytrzymały presji i odeszły w zapomnienie. Inne, jak na przykład dupa - mają się całkiem dobrze, jednak nie są zbyt elastyczne. Dupę bowiem ma się tylko jedną i na całe życie, a pieniądze nie śmierdzą.

Co tu dużo mówić. Z czasem pieniądz rozmnożył się i żyje mu się z ludźmi całkiem dobrze, natomiast ludziom bez niego - niekoniecznie. Sytuacja w której będę musiał zacząć zarabiać była więc historycznie nie do uniknięcia.

Jak wiadomo, najlepsze pieniądze zawsze robiło się w Babilonie.Wybór miejsca pracy był prosty - Korporacja. Tradycja zobowiązuje. Spytajcie się zresztą rodziców - w takiej sytuacji nie ma nic lepszego niż międzynarodówka. Aż chce się człowiekowi wstać i iść po pieniądze (pomijam kwestię czyje są i jak się je zdobędzie). Polskich firm postanowiłem się więc wystrzegać- jak wiadomo, nikt nie męczy Murzyna bardziej niż większy Murzyn.

Tak oto podjąłem decyzję - wyślę CV do Firmy Internacjonalistycznej.
1 , 2 , 3 , 4