Życie i praca w korporacji. Wszystkie postacie i wydarzenia są fikcyjne,a podobieństwa niezamierzone. Wszystkie terminy dotrzymane, kobiety piękne,a weekendy wolne. Chyba że nie.
  Sponsorzy bloga
  Reklama na blogach
  Blogvertising.pl
czwartek, 23 października 2008
Riding a dead horse...

Powiedzmy, że wracam do domu później niż zwykle. Projekt ma się ku końcowi ( tak na prawdę koniec jest daleko, a to co się do nas zbliża z olbrzymią prędkością to dno pierwszej wody), więc nie za bardzo mogę opisać ogrom prac i wydarzeń. Podzielę się jednak pewnym tekstem, a ponieważ znacznie by tracił na tłuaczeniu, z czystego lenistwa daje oryginał.

The Dakota Indians of North America passed on this piece of wisdom from generation by word of mouth - "If you are riding a dead horse the best thing to do is dismount". However in the corporate world because of the heavy investment factor other things to be tried, (but not limited to) are the following

    * buy a stronger whip
    * change riders
    * threaten the horse with termination
    * appoint a committee to study the horse
    * arrange to visit other sites to see how they ride dead horses
    * lower the standards so dead horses can be included
    * appoint an intervention team to reanimate the horse
    * create a training session to increase the riders load share
    * reclassify the horse as `living impaired'
    * change the form so it reads "This horse is not dead"
    * hire outside contractors to ride the dead horse
    * harness several dead horses together for increased speed and efficiency
    * donate the dead horse to a recognised charity therefore deducting its full original cost
    * provide additional funding to increase horse's performance
    * do a time management study to see if lighter riders would improve productivity
    * purchase an after market product that makes dead horses run faster
    * declare the dead horse has lower overheads and is therefore more cost effective
    * form a quality focus group to find profitable uses for dead horses
    * rewrite the performance requirements for horses
    * and finally if all else fails.....promote the dead horse into a supervisory (management) position

wtorek, 14 października 2008
Krasny lud.

     RaV ze zniecierpliwieniem obserwował niemrawe ruchy wskazówek na powierzchni zegarka. Wszystko było jakieś takie ospałe. Piątek, czwarta, wczesna jesień. Dosłownie wszystko. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Naprzeciwko miał Drzewo Środkowe, po prawej Wilka, a wokół resztę współwyrobników w pozostałych rolach...wciąż jednak siedzących na dupskach. Znaczyło to tylko jedno... ktoś musiał wyjść z pracy wyjść jako pierwszy. Wrodzona wola walki nie pozwoliła RaVowi zająć tak hańbiącej pozycji - ubrał się jednak szybko i już był za drzwiami. Teraz wyjdą i się nabiorą - oszukał ich wszystkich. Nie wiedzieli bowiem, że wyszedł z pracy i poszedł do biura. Czekał tam na niego Czerwony Kapturek.

    Nie ważne jak bardzo staram się nie widzieć podobieństw do wojska... czerwony kapturek jest moim oficerem politycznym. Przejdźmy jednak od razu do rzeczy, pomijając kolorystykę. W szacownej firmie, każdy ma swojego szefa - jednak gdy wkraczasz do wielkiej internacjonalistycznej rodziny, okazuje się, że to nie wszystko. Oprócz setki właśnie odnalezionych braci i sióstr, w wielkiej czerwonej familii masz też dobrego wujka. Każdy ma swojego, musi z nim współpracować i donosić (w moim przypadku koszyczki, te sprawy), ogólnie - wpaść czasem i  porozmawiać.

Co ja wam będę oczy mydlił. Zostałem więc Współpracownikiem Czerwonego Kapturka. Dla oddania powagi sytuacji, posłużę się skrótem - CzeKa. Czeka czuwa nad moją prawomyślnością, rozwojem osobistym, niegasnącym zapałem (co symbolizuje pochodnia), oraz zaangażowaniem (i bat). I tylko CzeKa. Bo menadżer ma to centralnie w poważaniu i właśnie dlatego jest potrzebny Kanclerz Karierowicz (zangielszczale - career counselor). To instytucja, do której lecisz z płaczem, gdy menadżer cię bije, nie daje kieszonkowego albo nie pozwala wyjść wieczorem na miasto czy w szczególnym przypadku - z pracy do domu.

Wielu młodych pracowników ma ten problem. Nie należy się tego jednak wstydzić, gdy dzieje ci się krzywda, nie zamykaj się w sobie, otwórz się do ludzi - zadzwoń. Pomoc jest w zasięgu ręki. Twój dobry wujek, CzeKa.

  Ze swoim KK (CC) spotykasz się  w drzwiach,  kuchni, na integracji, korytarzu , ogólnie gdzie tylko się da przypadkiem, a czasem nawet gdy już nie da się go uniknąć - na dorocznej rewizji osobistej. (annual review). O czym wkrótce.

środa, 08 października 2008
Muzykoterapia.

         Podobno muzyka bardzo dobrze wpływa na rytm pracy. Zwłaszcza bębny. Zaraz za nimi plasują się szanty, ale o czymkolwiek związanym z morzem i okrętami lepiej nie wspominać. I tak już wśród załogi słychać szemranie i czuć w powietrzu atmosferę buntu o Bounty. Zresztą się nie dziwię - miały być kokosy, a siedzimy po uszy w batonie. Wracając jednak do kwestii muzycznej - dźwięki wydawane przez nas są raczej żałosne. Na każdym projekcie jest jednak ktoś, kto potrafi. W naszym przypadku jest to Wojtek. Jest on tak cenną osobą, że dla bezpieczeństwa siedzi na innym projekcie, w nieznanej lokacji.  Reszta z nas ciągle boryka się z jakimiś trudnościami, więc co jakiś czas się do niego odzywamy. Ponieważ  kontaktujemy się z nim zazwyczaj telefonicznie, warto przekazać zdobytą wiedzę dalej... wyobraźcie sobie salę ludzi, wszyscy ze zmarnowanymi minami, siedzą i dłubią. Nagle pojawia się uśmiechnięty od ucha do ucha kolega i rzecze w te słowa:

(A)  Zapytałem Wojtka jak coś  zrobić.
(B)  I co ?
(A)  I mi nie powiedział, ale przysłał płytkę.
(B)  Na temat?
(A)  Nie. Porcupine tree. Więc wiecie - jakby ktoś miał problem, mówcie. To i wam podeśle.

 
     Z absurdem nie wygrasz, można się tylko przyłączyć. Od tamtej chwili, gdy coś nie działa, słucham Porcupine tree. Zazwyczaj pomaga.

 

 

niedziela, 28 września 2008
Ankieta z pytaniem otwartym.

   Ponieważ nie mam czasu, bo powinienem się uczyć do obrony, chętnie porozmawiam. Co sądzicie o tym blogu? Osobiście chciałbym go rzecz jasna prowadzić dalej, jednak jego wizja - troszkę mi się zmienia. Cóż, zderzenie z rzeczywistością.

   W czasach gdy każdy dzień tygodnia jest identyczny, a człowiek ma wrażenie, że to poniedziałek - trudno pisać coś nowego. Będę się jednak starał, mam wręcz pewną koncepcję. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzedniego wpisu - chciałbym wprowadzić wpisy/sekcje wpisów stricte informatyczne, gdzie będę sączył jad w kwestii realiów projektów i tego jak mogłoby, albo wręcz powinno to wyglądać.

  Rzecz jasna wszystko w formie przystępnej dla zwykłego szarego mydła. Lub osób o podobnym stopniu  znajomości tematyki. Uważacie, że strawicie całe wpisy na ten temat? Wystarczą dodatkowe sekcje? Może wcale nie chcecie wiedzieć, że gdyby architekci budowali budynki tak jak powstają systemy informatyczne, to pierwszy dzięcioł zniszczyłby cywilizację?

   Plus - czy potrzebujecie słowniczka RaVo-Ludzkiego? Z przedmówką Juliana Tuwima? W monitorze ze skórzaną obudową i wyświetlaczem z krystalicznie czystej wody? Rzecz jasna nie byle jakieś wydanie, a wyłączne (czyli ekskluzywne).  Parę osób już mi zwróciło uwagę, że wręcz pragnie, ze względu na obecną tu niszową terminologię i nowomowę. Jak na przykład "na projekcie"... zamiast staroświeckiego "w lokalizacji klienta dla którego realizujemy projekt" którym posługiwali się nasi dziadowie i ojcowie.

Z tą ankietą to większa ściema. Żadnego klikania guziczków nie było i nie ma. Napiszcze po prostu w komentarzach co sądzicie.

 

Jakoś to idzie, jakość to będzie.


    We wtorek radośnie zostaliśmy poinformowani, że do naszej polskiej wioski przyjedzie włoski misjonarz kaznodzieja. Jednym słowem - człowiek z centrali.W czwartek, z walizką na kółeczkach i uśmiechem na twarzy wparadował do naszego miejsca zesłania... i się zaczęło.
Jak wytłumaczył swoim włoskim angielskim, mówi po angielsku, tylko brzmi po włosku. Wtedy zobaczyliśmy, że to było dobre, a reszta może być tylko zabawniejsza. I była.
    Jak się okazuje - firma nas kocha, chce naszego dobra, żebyśmy wszyscy mieli po równo i tak samo, dlatego ma Metodykę. Metodyka służy do wdrażania systemów, zabijania drzew i ganiania elektronów po stanach- przynajmniej te dwa ostatnie to na pewno, biorąc pod uwagę ilość generowanych papierków.
    Gwarantuje to również powtarzalność procesu produkcji i (baczność) Jakość (spocznij). Co za przypadek. Bo tak się składa, że ją właśnie gość przyszedł wpajać i ogólnie propagować centralnie w naszym kierunku. I wyszło na to, że to jest nie żaden misjonarz, a zwyczajny liaison.
    
    Wyobraźcie sobie sytuację, gdy na projekcie ludzi jest różna ilość - ale zawsze - za mało.  Hasłem przewodnim motywacyjnym (przynajmniej na ostatni tydzień projektu) jest "Z tego projektu zwalnia tylko śmierć... i brak wzroku jak w przypadku Maćka. Trędowaci mogą pracować z domu." Maciek akurat miał operację wzroku... a menadżer projektu wyjazd na urlop. Więc imaginujcie sobie - golife (czyli wielkie pociągnięcie wajchy) jest 1 stycznia i wszystko ma zadziałać. My natomiast jesteśmy z terminami w plecy, harmonogram mamy napięty jak stringi na Kaliszu... a tu przychodzi facet i mówi w ten deseń:
    Teraz jak poprawiacie coś kolegom, to nie mówcie na gębę co jest nie tak. Proszę, oto wzór dokumentu. Wystarczy go wypełniać sumiennie i będzie dopsz.  
    Nie jest to chwila łatwa, bo trudno nie roześmiać się komuś w takim momencie prosto w twarz, zwłaszcza gdy facet ma akcent włoski. Zbliża się niebezpiecznie do sytuacji z dowcipu:
    
    Siedzi wędkarz w szuwarach nad jeziorkiem i łowi ryby. Co chwile słyszy, że ktoś krzyczy
"Kurwa! Spierdalaj!"
Sytuacja powtarza się kilka razy, a krzyk jest coraz głośniejszy. Wędkarz wychyla głowę zza trzcin i widzi płynącego kajakiem gościa, który wiosłuje patelnią. Pyta się go zdziwiony:
-A nie lepiej wioslem?
-Kurwa! Spierdalaj !!

   Gdy spytał czy "Any questions? Any answers?" zadałem trudne pytanie, czy to przypadkiem nie jest zbyt czasożerne w naszej sytuacji. Według niego - nie. Testowania kiedyś też nie uznawano. Pokiwaliśmy więc uczenie głowami, że rzeczywiście jest w tym trochę racji i dalej rozważaliśmy

"Niech dany będzie idealnie kulisty projekt informatyczny...."

 Firma wymyśliła sobie, że jak przepędzi kaznodzieje po projektach, zamiast dawać im większe budżety, to od tego będzie lepiej. Będzie lepiej.... będzie lepiej nie mówić.

 

 

 (czy ktoś kojarzy, do czego nawiązuje ten tekst?)

 

POWPISIE

     Drogie dzieci. Metodyki są dobre. Niestety, prowizorka niekiedy bywa jeszcze lepsza. Jeśli chcecie wprowadzaćmetodykę, to na Boga Jedynego i jego replacementy - nie w środku projektu. Ma to takie same efekty jak przerywanie ewakuacji z tonącego statku, żeby przeprowadzić kurs pływania. Jedna z lekcji informatyki, której często nie ma na studiach brzmi "im więcej osób dołącza do pracy w późnej fazie projektu, tym później ukazuje się on na rynku". Jest to prawo Brooksa, który zapewne był dobrym znajomym Murphy'ego. Każda nowa osoba musi się wdrożyć, zadając tym samym dużo pytań innym. Podobnie bywa w przypadku metodyk. Wprowadzenie dodatkowego formalizmu to wprowadzenie dodatkowych zadań.
A czas nie jest z gumy. Nawet pracowników.   

Pogłoski

    Pogłoski o porzuceniu tego bloga są znacznie przesadzone. Niestety od kiedy pracuję to na nic nie mam czasu, co nie jest żadnym wytłumaczeniem - bo o tym przecież ten blog jest. Natomiast we wtorek mam obronę, więc czasu jakby mniej (epickie walki z dziekanatem opisane gdzieś indziej), a notatki na bloga jeszcze się nie synchronizują między komputerami. Co ogranicza mój dostęp do weny, bo służbowego w domu staram się nie otwierać. O tym co się dzieje w korpo, zapewne już niedługo.

    Jak widzicie po stronie lewej- oddałem się również komercji. Możliwe, że czasem pojawi się tu opatrzony stosownym komentarzem wpis o jakimś środku na tymczasowy porost szczególnych partii ciała lub zegarków-prawie-jak-znanych ,które po zażyciu wcześniej wspomnianych pigułek, będziecie sobie mogli założyć tam, gdzie do tej pory nawet nie myśleliście, że można.

 

   Póki co, zupełnie nieodpłatna i niewymuszona, altruistyczna reklama komiksu internetowego - czyli rysunek zerżnięty ze strony Gauka & Szparek. Bo taki życiowy jest. Na miejscu trochę.

 

 

 

 

 

wtorek, 02 września 2008
Służbowe przedszkole
    Dziś pierwszy września! Całą noc nie mogłem zasnąć, dopiero zgasłem po trzeciej - zastanawiałem się co będę robił w tym roku, jakie piórniki będą mieli koledzy - no ogólnie, lata chodzenia do szkoły zrobiły swoje. Pamięć historyczno-genetyczna natomiast kazała się jeszcze okopać i bronić do upadłego, ale jak się po bliższej analizie okazało - było ty zwyczajne lenistwo.
    Ledwo dotarłem do firmy, wdepnąłem w spotkanie projektowe. Jeśli zastanawialiście się kiedyś jak wygląda spotkanie projektowe z przedstawicielami klienta, a mowa tu nie o zwykłych Jasiach i Basiach, tylko o użytkownikach kluczowych...to nie trudźcie się. To co widziałem przerosłoby wasze wyobrażenia o całą długość.
    Użytkownik kluczowy bowiem, to taki ktoś, który nie dość, że robi - to jeszcze wie po co. Tudzież - wszystkim gada jak mają robić, więc pozbyli się go zmyślnie- delegując do pracy z firmą informatyczną - coby im w dobrej robocie szyków nie mieszał. No więc, będę koloryzował - każdy z działów, a więc użytkownik kluczowy co najmniej jeden - to kolor. Wiśnia, burak, oberżyna - co tam komu w du...szy chodzi. Teraz wyobraźcie sobie, że pokazujemy im prostokąt, w kolorze wybranym - każdy inny od razu chce postawić swoją kropę na nim, coby pięć groszy dołożyć i o własny interes zadbać. Dajemy im kolejne prostokąty - to kręcą nosem, że będzie za dużo roboty, bo oni by chcieli jeden wielki prostokąt - tak będzie prościej. W czasie rozmowy natomiast podnoszą palce zanim zabiorą głos, nie docinają sobie, są błyskotliwi, zorientowani, mądrzy, oczytani - i ogólnie pachną ładnie.
    Zapewne zastanawiacie się, na czym polega rola mojej firmy, skoro sami radzą sobie tak świetnie? Otóź, my im dostosowujemy isniejący już system - zaciskamy więc zęby, tłumaczymy, że tu trzeba obrócić się w kółko,a tam podskoczyć na lewej nodze. Staramy się ich zająć i uzmysłowić imfakt, jak świetnie będą się bawić podczas korzystania z systemu. Jednym słowem, najzwyczajniej w świecie odwracamy uwagę i robimy dobrą minę do złej gry... bo do tego systemu wchodzą tylko kwadraty.
    Chciałbym się również podzielić złotą zasadą - której monochromatyczny, dajmy na to - szary użytkownik, nie dostrzega. Ten system nie jest po to, żeby mu było wygodnie. Ten system nie jest po to, żeby miał mniej do wpisywania. Ten system jest po to, żeby zarząd widział co się dzieje w firmie i mógł na podstawie tego mniej się wysilać. Otóż to moi drodzy. Złota zasada brzmi bowiem "Kto ma złoto,ten ustala zasady."
niedziela, 31 sierpnia 2008
Blogistyczna Internacjonałka 2008

Dziś jest dzień, w którym cała społeczność internetowa zwraca swe oczy w naszym - blogerskim -kierunku. Jesteśmy z tego dumni i potrafimy docenić wagę tego wydarzenia. Wzbiera w nas radość, że święto to buduje kolektyw ludzi światłych i pragnących tą światłością się dzielić. Nie ma tu różnic płci, koloru skóry, czy wieku - blogosfera jest naszym dobrem wspólnym. Wierzymy, że nawet jeśli nie dziś -to za rok, a może nawet jutro - upadną wszelkie mury które odgradzają blogi firmowe od blogów prywatnych, a w obchodach święta uczestniczyć będą również korporacje.  Ku chwale internetowego postępu ! Ku chwale bohaterów świata blogowego ! Niech wszyscy usłyszą o przodownikach !

  1. http://fornalski.blox.pl/ - blog o prowadzeniu firmy w dobie internetu. Ciekawe przemyślenia, garść dobrych porad.
  2. http://adkuchni.blox.pl/ - scenki rodzajowe z agencji reklamowej. Komiks  któy wypełnia mi lukę po Daily.
  3. http://www.pinkthething.pl/ - przegląd ciekawego wzornictwa przemysłowego - jednym słowem Design!
  4. http://www.zazie.pl"piękna nieśmiertelna królewna syrenka ninja robi nieporządek w chaosie"
  5. http://trzaskprask.blog.pl/ -zdjęcia Warszawy i nie tylko. Każde z nich ze stosownym komentarzem.

 

 

Blog Day 2008
 
Drzewniej to piątki bywały


    Tuż po przyjęciu do projektu, co zdarzyło się w czwartek przedostatni - wylądowałem na spotkaniu z klientem - niedaleko bo pokój obok... idź tam i posłuchaj, to się zapoznasz z robotą. Cztery godziny biadolenia o procesach biznesowych, dog(o)rywanie szczegółów, czegoś o czym nie mam bladego pojęcia - co tu dużo mówić - było ciekawie. Rzecz jasna, jeszcze ciekawiej byłoby gdyby przedstawiali to w formie interpretowalnego tańca -  bardziej potrafiłbym się odnieść, a i walory artystyczne byłyby większe, no ale nie można wszystkiego wymagać od ludzi w piątki.
    
    Aż tu nagle, skończyło się spotkanie. W te pędy na dół - nikogo nie ma! Pojechali bez nas na integrację. Więc w taksówkę i sruuu. Na miejscu końcówka części oficjalnej, po czym część bezoficjalna. Wyobraźcie sobie, że wynajęli nam KOwca. Facet mówi - zrobimy teatrzyk. Czerwony Kapturek, w wersji naszej. I rozdzielamy ludzi - dwumetrowy czerwony kapturek, samiec rzecz jasna, plus inne role, w tym - drzewa. Drzewa, czyli chórek były niezapomniane. Nierzadko widzi się menadżerów owiniętych krepiną, śpiewających "Szuuuuuumi dokoła laaas". Którzy co jakiś czas słyszą radę "Bardziej pracuj konarami!"... aż się zestresowały i poszły...zapalić. Scenarzyści, scenografowie - każdy dostał jakąś rolę. Taki teambuilding ad absurdum. Na koniec kolacja, powrót i było miło. Chociaż to wciąż banda bliżej nie znanych mi osób ... plus bór ciemny, menadżerny.
czwartek, 28 sierpnia 2008
Infekcja liryczna
Prawie skończywszy żywot
nocą w łez padole
ledwo się zwlókł rav z wyra
mrucząc - ja pierdolę

droga do pracy długa,
przemyślał więc mowę
od progu szefa wita:
chcę na chorobowe!

ten go zmierzył wzrokiem,
i rzecze swobodnie,
a idź sobie w pizdu,
lecz odwiedź przychodnię

wizyta zamówiona,
na miejscu rav czeka,
aż wywołają jego
numer, nie człowieka.

chwiejąc się na nogach
wszedł do pakamery
zagadał z lekarzem
i dostał L4.